Deutsche Gemeinschaft

 


wspólnota niemoecka pojednanie i przyszłóść

o nas
Aktualności
Artykuły prasowe
Archiwum
Członkostwo
Muzeum
Działalność
Kultura
Wydawnictwo
Audycja radiowa
Sport
Działalność dobroczyna
Porady

Statut Rada Niemców Górnośląskich Galeria Kontakt

 

Deutsch Polski Deutsch Polski

Artykuły prasowe



Frankfurter Allgemeine Zeitung, nr 34 z dnia 09.02.2013r., str. 3

Konrad Schuller

In der Hajmat kühlstem Grunde

W zimnej, głębokiej otchłani Małej Ojczyzny

 

Dietmar Brehmer nie zrozumiał ani słowa. Zrozumiał tylko, że musi się uczyć niemieckiego. Również jego syn uczył się niemieckiego. Jednak Niemcem nie został.

Historia o Dietmarze Brehmerze to właściwie dwie historie na raz. Pierwsza rozgrywa się w katowickich wąwozach ulic, pomiędzy Rozgłośnią „Polskiego Radia Katowice” i jadłodajnią dla ubogich Niemieckiej Wspólnoty niedaleko starego dworca, który właściwie od lat domaga się odbudowy, który jest tylko wysypiskiem odpadów i dźwigów na tle zasiarczanego zimowego nieba. Ta druga rozgrywa się pomiędzy hutami i elektrowniami, siecią autostrad i kopalniami okręgu, na boiskach Bytomia (Beuthen) i Gliwic (Gleiwitz), w szatniach Zabrza (Hindenburg). W swojej melancholijnej części rozgrywa się również krótko w Niemczech. Historia Dietmara Brehmera jest historią o Niemcach w Polskim Zagłębiu Węglowym Górny Śląsk - w swojej pierwszej części jest historią o ocaleniu, w drugiej o pożegnaniu. To historia o dwóch mężczyznach o tym samym nazwisku. Historia o synu i ojcu.

Kiedy Dietmar Brehmer urodzony w czasie wojny w roku 1942 dał swojemu pierwszemu dziecku własne imię, była to istna prowokacja. Zapisano w 1974, i z niemieckiego Kattowitz, gdzie jego rodzina ma swoje korzenie już dawno były polskie Katowice. Dietmar Brehmer syn przyszedł na świat w połowie lat milczenia. Koniec II Wojny Światowej, kiedy zaprzestano tutaj mówić po niemiecku, miał miejsce 29 lat temu, a do zmiany powinno upłynąć jeszcze dalszych 15 lat. Imienia takie jak „Dietmar” nie powinno się jednak wtedy tutaj nadawać.

Ojciec Brehmera, potomek katowickiej rodziny fabrykantów instrumentów fortepianowych był za niemieckich czasów członkiem partii, następnie podczas wojny był niemieckim żołnierzem; po katastrofie Rzeszy wciągnęło go na zachód, skąd już nigdy nie powrócił. Matka również zaraz po wojnie chciała jechać do Niemiec, potajemnie przez Nysę tak jak wielu innych, ale kiedy już była w nurcie rzeki padły strzały. Jej towarzyszka utonęła, ona zawróciła i już na zawsze pozostała w nowej Polsce. Ze swoim synem już nigdy więcej nie mówiła po niemiecku. Język „hitlerowców”, którzy podczas wojny okrutnie traktowali Polaków, był zabroniony. Zamiast tego Dietmar jako uczeń musiał podróżować do Auschwitz, aby się tam uczyć z elektrycznych ogrodzeń i komór gazowych, co oznaczało być Niemcem.

A potem nazwał swojego pierwszego syna „Dietmar”. Richard, to by jeszcze uszło albo Karl i wtedy wystarczy przejęzyczenie i już jest, jeden jest „Ryszardem” albo „Karolem”, Ale „Dietmar”?

Jako że ojciec, Dietmar Brehmer, ten starszy, w zakazanym języku sam niewiele mówił a w szkołach język niemiecki stanowił jeszcze tabu, dziecko otrzymywało lekcje prywatne. Nawiasem mówiąc dzisiaj umiejętności językowe Brehmera seniora wyglądają zgoła inaczej. Już dawno mówi znowu językiem swojego ojca, dawnego żołnierza; jego niemiecki stał się nie tylko poprawny, on jest naprawdę płynny i to ma swoje przyczyny: Gdy przed ćwierć wiekiem kończyła się era komunizmu, Brehmer jak każdy przyzwoity obywatel Polski miał kontakt z opozycyjnym podziemiem. Pomagał w biurze legendarnego Prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego i roznosił do konspiracyjnego „Komitetu Obrony Robotników” (KOR) gazety podziemne. Jako że, pomimo przywiązania do niemieckiego pochodzenia nigdy nie poddawał w wątpliwość, iż przyłączone po wojnie do Polski niemieckie tereny wschodnie na zawsze powinny zostać polskie, zawierzono mu. Z tego powodu mógł coś osiągnąć, co w początkowych latach dziewięćdziesiątych, tuż po przełomie, co w czasie dyktatury, byłoby jeszcze całkowitą utopią.

Państwowe Radio w Katowicach stworzyło możliwość nadawania własnej audycji dla Niemców którzy na Górnym Śląsku uniknęli wypędzenia. Tu było jeszcze sporo Niemców, jako że to nowe państwo w 1945 potrzebowało w kopalniach każdego mężczyzny, każdy kto umiał wyrecytować Ojcze Nasz mógł zostać. Język tego radiowego programu (ci ukryci i ci odrzuceni słuchali go ze łzami w oczach i z niedowierzaniem) był w mowie i w piśmie niemiecki.

To był niemiecki Dietmara Brehmera. Skrycie, nabyty spod ręki, wprawdzie nie perfekcyjny, ale dobierany, nie całkiem gładki, ale pełen ekspresji. To że został on jeszcze wyuczony w czasach dyktatury, Brehmer zawdzięczał młodej kobiecie, florecistce, z którą on sam, jako szermierz, trenował w młodości. Ona (nazywała się może Grossmann? Czy była może Żydówką?) zaskoczyła go pewnego dnia recytacją niemieckich wersetów. Jako nie Niemka, mogła uczęszczać, mimo dyktatury, na zajęcia z języka niemieckiego i teraz wyrecytowała z pamięci nagle kilka wersów z wierszy Eichendorffa.. O Täler weit, o Höhen... O niziny dalekie, o wzgórza... Brehmer nie zrozumiał ani słowa. Zrozumiał jedynie to, że musi uczyć się języka niemieckiego. W Warszawie zdobył enerdowski podręcznik pod tytułem „Hans und Lotte”.

Kiedy w 1991 rozpoczął nadawanie swoich niemieckich audycji radiowych, było to wielkim odkryciem i utworzeniem miejsca ponownego odnalezienia. Nie było łatwo dotrzeć do tych Niemców, którzy dorastali z nim po wojnie na Górnym Śląsku, a którzy w odróżnieniu od niego w ogóle nie mogli się nauczyć owego przeklętego języka swoich rodziców – ale od czego były te melodie, które jeszcze wszyscy rozpoznawali. Przed wojną Katowice mimo kopalń i kominów były miastem o znaczącej kulturze muzycznej. Powszechne muzykowało się w domu, istniały chóry i również matka Brehmera śpiewała. On znał Rudi Schuricke („Komm zurück, ich warte auf Dich” - Wróć, czekam na Ciebie), znał Marikę Rökk i znał „Ich weiß, es wird einmal ein Wunder geschehen” - Wiem, że wydarzy się kiedyś cud.

Na to Brehmer postawił. W Polskim Radiu Katowice wygrywał Niemcom, którzy po tak długim czasie wyszli „z piwnic”, to co wcześniej znali. Był więc Capri-Fischer, był „Ein Heller und ein Batzen” - halerz i grosz, a dla tych, którzy chcieli pójść z duchem czasu, był Udo Jürgens. Do dzisiaj audycja radiowa rozpoczyna się stale tą samą śląską piosenką („Kehr ich einst zur Heimat wieder” - Gdy wrócę kiedyś do Małej Ojczyzny) a kończy się zawsze głosem Brehmera: „Heimat” - mówi wtedy do mikrofonu, i dodaje „Oberschlesien” - z tak nostalgicznym półszeptem, że najchętniej chciałoby się zanurzyć w owej zimnej otchłani wierszy Eichendorfa.

Jadłodajnia dla bezdomnych w bliskim położeniu starego dworca przyszła nieco później. Brehmer cieszył się zaufaniem polskich przyjaciół; od jego czasów u Prymasa Wyszyńskiego wiedziano, że ten Niemiec nie był polakożercą ani zakapturzonym rewanżystom. Utworzona wtedy przez niego „Niemiecka Wspólnota Pojednanie i Przyszłość” (która według danych ma dzisiaj 13 000 członków) nigdy nie poddawała w wątpliwość ustalonych na Odrze i Nysie granic, ani też nie żądała byłych niemieckich terytoriów. Mimo to: Niemiec był Niemcem, i kiedy w Polskim radiu Katowice zabrzmiały nie tylko takie słowa jak „Heimat”- Mała Ojczyzna i „Wiederkehr” - powrót, ale także tak podejrzewane zwroty jak „hei-di, hei-do” (co niektórym brzmiało jak „Heil dir” - Tobie cześć), marszczyło się trochę czoło polskim sąsiadom. Brehmer zrozumiał, że musi się coś wydarzyć aby w Katowicach wyprowadzić Niemców - tych którzy teraz znowu zaczęli się uwidaczniać - z owego fatalnego światła morderstwa i okrucieństwa, w które dostali się przez Hitlera.

Wówczas założył jadłodajnię dla ubogich, która do dziś karmi codziennie w centrum Katowic ponad 180 bezdomnych i to niezależnie od ich narodowości. Codziennie rozgrywa się tu dramat ubóstwa, który dla Polski jest do dzisiaj tak samo charakterystyczny jak nowe lśniące centra handlowe i bary sushi metropolii. Już z zewnątrz, przed drzwiami, czuje się w owym aromacie siarki katowickich zimowych mgieł, ciężkie i słodkie zapachy wszystkich wschodnioeuropejskich jadłodajni, pomiędzy Talinem i Sarajewem, ów aromat kapusty i potu, wódki, tanich kotletów mielonych i nigdy nie zmienianych koszul. W powietrzu unoszą się wymamrotane skrawki słów, niekiedy bezradne, niekiedy wulgarne, niekiedy obsceniczne i służalcze zarazem. Daleko na chodniku rozciąga się kolejka, mężczyzn i kobiet, tak długo dopóki nie wypełni się ich talerz. Później znowu gubią się w smogu, aż do jutra, do czwartej, by znowu tu być.

W tych początkowych latach, wówczas gdy wokół panowała tylko nieufność do Niemców, owo socjalne zaangażowanie otworzyło nowe możliwości do dalszego działania, Z jadłodajnią na plecach mógł Brehmer wtedy wiele osiągnąć - nawet najbardziej bolesne sprawy – tabu, mógł teraz ostrożnie poruszać, mówić o tematach zakazanych, które przez dziesiątki lat przeleżały w najgłębszym milczeniu. Jako że żadnym słowem nie relatywizował niemieckich przestępstw i jako że nie stawiał nie tylko wymagań lecz wyraźnie coś czynił dla nowej Polski, również w tym co miał do powiedzenia, był wolny od mówienia co uczyniono swoim pod koniec wojny. Zakazane słowa brzmiały Mysłowice, Świętochłowice, Lambsdorf - Łambinowice: nazwy wszystkich byłych istniejących nazistowskich obozów, które zaraz po wycofaniu się Niemców stały się obozami kaźni dla pozostałej tu ludności niemieckiej, w których więziono wrogów reżimu, Ukraińców, ale przede wszystkim właśnie Niemców, poprzez zagłodowanie, epidemie i okrutne traktowanie. Brehmer o tym wszystkim mówił. Do dzisiaj prowadzi odwiedzających gości do rozgrzebanych ruin obozu w Mysłowicach, gdzie już w międzyczasie władze nowej Polski zawiesiły skromną tablicę pamiątkową. Bez upiększania tekst na tablicy oznajmia o okrucieństwach jakie spotkały tam śląskich Niemców w owym czasie. Kiedy broczy po śniegu idąc przez pustą łąkę, która kiedyś była terenem mysłowickiego obozu, zdarza się, że Brehmer się nagle pochyli, że natknie się na zardzewiały kawałek kolczastego drutu a dalej znów kawałek muru. Poza tym nie ma tu już nic.

A jego syn? Kiedy ojciec rozpoczął wyciągać z piwnic Niemców z Katowic tekstami„Capri-Fischer” i „Heimatland” miał siedemnaście lat i grał w piłkę nożną. Starsi najpierw się zawsze rozglądali, kiedy rozmawiali po niemiecku, on natomiast przeżywał teraz to wielkie otwarcie. Napięcie ustawało. „Solidarność”, która odtąd prowadziła kraj na zachód, już w podziemiu rozpoczęła wyzwalać wizerunek Niemiec z mitycznego strachu komunistycznej propagandy. Bonn i Warszawa zawarły traktat graniczny i traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Kto był młody słuchał techno; z Berlina dochodziły obrazki z Parady Miłości; katowickie kopalnie wydobywały węgiel, elektrownie dymiły i stary, szary Górny Śląsk stał się drugim, najbogatszym regionem w kraju, po Mazowszu ze stolicą w Warszawie.

Młody Brehmer został zawodowym piłkarzem. W tym czasie kiedy Polska stała się krajem coraz to bardziej otwartym, on grał w „Górniku“ w Zabrzu (Hindenburg), w „Poloni“ w Bytomiu (Beuthen) czy w drużynie w Gliwicach, która również nosiła nazwę „Górnik“. W międzyczasie grał w niemieckim klubie w Düsseldorfie, ale nie trwało to zbyt długo, ponieważ wciąż ciągnęło go z powrotem w strony rodzinne.

Wówczas pojawiła się na Górnym Śląsku osobliwa możliwość zmiany perspektyw. Starsi, generacja Brehmera seniora, pozostawała zanurzona jeszcze w nurcie resentymentów i konfliktów wynikających z własnych doświadczeń. Byli tu więc pozostali Niemcy milczący, upokorzeni, pełni urazów a nieraz i pełni poczucia winy; no i byli Polacy, również często przesiedleni, przybyli z dawnych terenów wschodniej Polski, „oczyszczonych“ przez Stalina, a dzisiejszej Ukrainy. Było wielu, których po latach krwawej, niemieckiej okupacji, przepełniała zrozumiała niechęć do wszystkiego co niemieckie. Niektórzy stanowili władzęwykonawczą nowej dyktatury, niektórzy byli przestępcami w komunistycznych obozach, po byłych obozach koncentracyjnych.

Ale była też bliżej niezidentyfikowana forma mieszana na Górnym Śląsku, jakby obszar przejściowy pomiędzy narodowościami. Jako że, w dwudziestym wieku Katowice trzykrotnie zmieniały właściciela (1922 były polskie, 1939 niemieckie a w 1945 znowu polskie) istniało też zjawisko ambiwalentnej lojalności. Były rodziny, gdzie jeden brat jako SS-Mann strzegł niemieckich obozów, podczas gdy ten drugi odsiadywał w tym samym obozie karę jako internowany Polak. Byli polscy partyzanci, którzy uwielbiali Rainera Rilke i byli niemieccy nauczyciele uniwersyteccy, których dzieci walczyły w armii podziemnej. Wspólny dla nich wszystkich był język - „Gwara“, ów lokalny „wasserpolnisch“ dialekt z niemieckimi wyrażeniami; i to było wspólne, że czuli się w zależności od tego kto był aktualnie przy władzy, jako obywatele drugiej kategorii. W Rzeszy Niemieckiej uchodzili jako przybyli Niemcy a od 1945 roku uznawano ich jako przybyłych tu Polaków. Jest zrozumiałe, że owi rdzenni Ślązacy stali się w ostatnich dwudziestu latach kimś, kim wcześniej nie byli. W tym czasie gdy niemieccy aktywiści, jak Brehmer senior, próbowali doprowadzić znowu do prawidłowego brzmienia skrywanego i z powodu owych lat milczenia łamanego i niewyostrzonego języka; wygrzebując dla swoich gazet co jeszcze było do wygrzebania; pieśni, anegdoty, pocztówki i inne zatopione świadectwa ich kultury, młodzi wybijali po przemianie już całkiem nową drogę. Kogo interesował jeszcze Heino z okresu boomu hip-hopu? Kto chodził jeszcze na kapelę ludową jak już był heavy metal? I przede wszystkim: Dlaczego męczyć z tym całym poczuciem winy, oskarżeniami i agresją pomiędzy Niemcami tu i Polakami tam, jak przecież całkiem prosto można zostać Ślązakiem - „Schlunsok“, w lokalnym brzmieniu wasserpolnisch? Po co przeżywać to całe utrapienie pomiędzy „obiema macochami“ narodowości polskiej i niemieckiej? Zaczęło się rodzić nowe poczucie, co być może było jednocześnie i polskim i niemieckim lecz jednak coś co nie było ani niemieckie ani polskie.

Kariera tej nowej narodowości rozpoczęła się w czasie spisu powszechnego w 2002: Wówczas po raz pierwszy 173 200 polskich obywateli w województwach śląskim i opolskim nie określiło się ani jako Niemcy ani jako Polacy lecz wyraźnie jako „Ślązacy“. Dalsze sukcesy nadeszły. Ci nowi Ślązacy, jako „Ruch Autonomii Śląska“ dostali się do katowickiego regionalnego parlamentu i wśród tych młodych ludzi rozkwitła pełna entuzjazmu prowokacyjna subkultura. Nowo utworzony klub piłkarski o nazwie „1. FC Katowice“ (skrót FC jest niemiecki, słowo Katowice polskie) awansował (przynajmniej wśród kobiet) niezwłocznie do pierwszej ligi a trochę ostrakapela o niemieckiej nazwie „Oberschlesien” śpiewała Rammsteina wasserpolnisch i wyprodukowała single z tytułami jak „Hajmat” albo „Jo chca” („Ich will”). „Nie siedzimy wyłącznie w getcie, aby pielęgnować tradycje naszych dziadków”, mówi przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska Jerzy Gorzelik – a następnie dodaje receptę na wybawienie, wyzwolenie z labiryntów przeszłości: „Każdy może poszukać sobie swojej własnej tożsamości, gdy nie będzie uznany przez starsze pokolenie”. Recepta poskutkowała. W 2011 roku przyznało się już 847 000 polskich obywateli do nowej narodowości, pięć razy więcej niż dziewięć lat wcześniej.

A Niemcy? Mijały lata. Niemiecka audycja nadawała po niemiecku, jadłodajnia przygotowywała obiady dla ubogich, a w spisie powszechnym łamały się liczby: z 153 000 w roku 2002 na 74 000 w roku 2011 (nawet jeżeli do tej liczby przybyło 73 000 osób, którzy dopiero w „drugim pytaniu” po polskim albo po śląskim pochodzeniu podali niemieckie). To pierwotne założenie Brehmera seniora, aby powyciągać Niemców z piwnic, ta myśl że trzeba było ich właśnie znów stąd odebrać, podczas gdy już się stamtąd wynurzyli, do tego Schlesierlied i Mühlenrad Eichendorfa okazały się niewystarczające.

Nie było to również wystarczające dla Dietmara Brehmera juniora. Chłopak, który w środku głębokiego komunizmu nie został ochrzczony ani jako Ryszard ani jako Karol, tak jak wiele innych niemieckich dzieci, pożegnał się z tym, podczas gdy jego ojciec w tym się znowu odnalazł. Nie dlatego, że nie czuł się wcale Niemcem, mówi dziś, ale przede wszystkim że jest teraz Ślązakiem. On „wziął najlepsze z Polski i zabrał najlepsze z Niemiec”. I poszedł własną drogą. W Niemczech, gdzie przez pewien czas grał w piłkę, przeżył wiele pięknych chwil ale także mniej pięknych. Tak jak ojciec mówi dobrze po niemiecku, ale również nie doskonale, I bywało też tak, że w kraju ojczystym – Mutteland, wyrywkowe kontrole drogowe przeradzały się w uciążliwe przeszukania, gdy niemiecki policjant słyszał jego akcent a na samochodzie dostrzegł jeszcze polskie tablice rejestracyjne. Wkrótce młodszemu Brehmerowi stało się jasne, że nigdy nie będzie Niemcem wśród Niemców – niemniej niż jak w domu kiedykolwiek Polakiem wśród Polaków. „Tylko ludzie ze Śląska rozumieją, jak to jest”.

I coś jeszcze należałoby dodać. Brehmer syn szanuje Brehmera starszego – w tym wszystkim co starszemu jest tak święte, z chronioną ostoją wszystkich piosenek i skarbów, które w Polskim Radiu Katowice słychać co tydzień w eterze; jednak pomimo najlepszych chęci nie może z tym nic zrobić. ”To nie jest moje pokolenie” mówi z lekkim żalem. Rammstein albo Westernhagen, to tak, to coś jest – ale Heino? Tak więc, podczas gdy w Katowicach dymiły kominy a smog wisiał nadblokowiskami, pożegnał się dyskretnie ze światem swojego ojca. To nie jest kraina dalekich dolin i łagodnych wzgórz.


Kurier polski co tydzień, nr 42 z dnia 28.08.2013r., str. 8

Tomasz Breguła

Taki los

W Polsce żyje ich prawie pół miliona. Każdej zimy w wyniku zamarznięcia ginie ok. 150 z nich. Nie mają dachu nad głową a pożywienia szukają na ulicy. Śpią w parkach, na dworcach, w opuszczonych budynkach i kanałach. Z powodu braku pomocy socjalnej wielu z nich jest skazywana na śmierć. Chociaż dla większości społeczeństwa są nikim, historia ich bezdomności nie zawsze jest oczywista.

- Żona mi się zabiła. Zachorowała na raka i bardzo cierpiała. Chyba nie miała innego wyjścia... Brałem narkotyki, siedziałem w więzieniu. Poznałem trochę życie i wiem, że potrafi dać w kość. Teraz staram się jak najlepiej to życie sobie poukładać. Nie wszystko robiłem jak należy, ale za pięć dwunasta się obudziłem. Mam 51 lat. Nie czuję się staro. Myślę, że mogę jeszcze wiele w życiu zrobić. Zawsze trzeba wierzyć w siebie – mówi pan Jan, który od dziesięciu miesięcy przebywa w domu dla bezdomnych przy Górnośląskim Towarzystwie Charytatywnym w Katowicach. Pan Jan pracuje również społecznie na rzecz ośrodka. Jak twierdzi, pomaga mu to w powrocie do normalnego życia. - To jest miejsce bardzo przydatne ludziom. Wspieranie innych pomaga mi w życiu, napędza mnie. Bieda degeneruje ludzi. Im dłużej tkwią w biedzie tym trudnej im wyjść z tego wszystkiego. Chciałbym, żeby mi się udało. Staram się o mieszkanie, chcę skończyć liceum. Później zamierzam pójść na weterynarię. Kiedyś miałem własną hodowlę. Lubię zwierzęta i chciałbym tak pracować – dodaje pan Jan.

Na Śląsku istnieje 67 ośrodków wsparcia dla osób bezdomnych. Okazuje się, że ta liczba jest niewystarczająca. Noclegownie miejskie są przepełnione a bezdomni tułają się w poszukiwaniu schronienia i pożywienia. Pomoc oferowana w większości placówek obejmuje jedynie nocleg. Tym, którym udało się uzyskać pomoc, nie jest oferowany pobyt dzienny. Najczęściej manatki muszą zbierać już koło siódmej rano. Inaczej jest w Noclegowni i Domu dla Bezdomnych przy Górnośląskim Towarzystwie Charytatywnym, z których codziennie korzysta kilkadziesiąt osób bez dachu nad głową. Placówka jest dla nich otwarta przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Korzystający z noclegu zawsze mogą liczyć na ciepły kąt i obfity posiłek. - Codziennie przychodzi tu od 200 osób w górę. Pracuję na kuchni i koordynuję wszystko co z tym związane. Specjalizujemy się w tzw. „flapsie”. To jest taka zupa na gęsto, tradycyjna śląska potrawa. Już kiedyś chciałem być wolontariuszem, ale moje życie inaczej się potoczyło. Teraz miałem taką okazję i zaangażowałem się już w to na całość. Taki mam etap w życiu, że chcę żyć bardziej dla kogoś niż dla siebie. Większość ludzi w moim wieku skupia się na sobie i robi jakieś tam kariery. Od pół roku, całe swoje podporządkowuję temu miejscu –mówi Adrian Czarnik, szef kuchni w jadłodajni przy Górnośląskim Towarzystwie Charytatywnym.

Powodów dla których ludzie stają się bezdomnymi jest wiele. Niektórzy z nich nie mają do kogo zwrócić się o pomoc, więc lądują na ulicy. - Oni tu często nie mają żadnych krewnych, nikogo kto mógłby pomóc. Powodem dla którego znajdują się w takiej sytuacji jest najczęściej to, że ten człowiek pije. Tracą pracę, nie potrafią znaleźć nowej, rozpada im się rodzina... widzą, że koledzy piją, to myślą sobie – też się napiję.Potem mieszkają gdzieś w parku, w kanałach. Gdzieś tam w bloku na ostatnim piętrze, na dworcach.Bezdomność bardzo często jest konsekwencją alkoholizmu. To jest choroba, rak tego społeczeństwa. Tutaj, w pobliżu znajdują się 4 punkty gdzie można za 4, 5 zł. kupić pół litra tak zwanego F-16. To jest skazywanie się na powolną śmierć – mówi Dietmar Brehmer,założyciel i przewodniczący Górnośląskiego Towarzystwa Charytatywnego.

Bezdomność może dotknąć każdego. Do ośrodka trafiają ludzie w różnym wieku, czasem o wysokim statusie społecznym. Niewielu z nich udaje się już wyjść na prostą. - Mieliśmy tutaj ludzi, którzy byli dyrektorami holdingów i u nas stawiali się w kolejce. Los bywa naprawdę okrutny. Często zgłaszają się też do nas młode osoby z wyższym wykształceniem – dziennikarze, adwokaci... Ludzie biorą kredyty nie mają potem za co ich spłacić, a komornik zabierze wszystko. Bank nie ma litości. Im dłużej człowiek jest bezdomny tym jest słabszy. Nie ma już odwagi walczyć o siebie. Kiedy przychodzi po jakimś czasie do Urzędu Pracy, to on już wie, jest tam tylko po to żeby się podpisać. To jest dramat tego społeczeństwa –podkreśla Dietmar Brehmer.

Placówka stara się aktywizować swoich podopiecznych. Przy Górnośląskim Towarzystwie Charytatywnym powstała drużyna, która bierze udział w turniejach piłkarskich dla bezdomnych. Taka forma spędzania czasu ma im pomóc w powrocie do normalnego życia. -Sukcesy są, może to robić wrażenie. Działamy już lat i trochę się tego uzbierało. Nie gramy jednak dla wyników. Jest to resocjalizacja poprzez sport. To bardzo pomaga. Nie każdego jesteśmy w stanie zaangażować, ale u większości tych panów widać poprawę, są zmobilizowani do działania. Część z nich, chociaż po w małym stopniu, potrafi sobie dzięki temu ułożyć życie –mówi Dawid Brehmer, pracownik Górnośląskiego Towarzystwa Charytatywnego.

Górnośląskie Towarzystwo Charytatywne powstało 1989 roku. Swoją siedzibę początkowo miało na dworcu w Katowicach. - Przy zmianie ustroju naraz ludzie masowo zaczęli tracić pracę. Likwidowano wielkie fabryki, kopalnie... Wielu z tych ludzi, którzy zostali zwolnieni pojawili się gdzieś na dworcach, na ulicach. Często były to osoby, które nie pochodziły ze Śląska. Rozmawiając z nimi dowiedzieliśmy się, że nie tylko nie chcą, ale też nie mają po co wracać tam skąd pochodzą. Te rodziny z tak zwanej ściany wschodniej były jeszcze biedniejsze niż ci ludzie tutaj. Taki człowiek tyle lat mieszkał tutaj, na Śląsku, a teraz z pustymi rękami wracać i powiedzieć „zaopiekujcie się mną”? -pyta Dietmar Brehmer, który założył wówczas grupę wspierającą osoby bezdomne. -Zauważyliśmy, że takich ludzi jest coraz więcej, więc postanowiliśmy zorganizować taką misję dworcową. Mieliśmy około 100, 150 wolontariuszy. Dostaliśmy na tym dworcu pomieszczenie i tam nieśliśmy pomoc –mówi Dietmar Brehmer.

W 90. roku przenieśli się na ulicę Młyńską w Katowicach. Stowarzyszenie miało do dyspozycji całe piętro budynku znajdującego się nieopodal katowickiego magistratu, a działało w nim w tamtym okresie blisko tysiąc osób. Po kilku latach „grupa Brehmera” musiała zmienić swoją siedzibę. Miasto zaoferowało im wówczas pomieszczenia przy ulicy Sienkiewicza 23, gdzie ośrodek funkcjonuje do dziś. Nowe pomieszczenia były w fatalnym stanie. Siedzibę odbudowali bezdomni. Prace trwały dwa lata.

By ośrodek mógł powstać i z powodzeniem wspierać bezdomnych przez ponad 20 lat swojego istnienia, Dietmar Brehmer pokonał wiele przeszkód. Jak sam przyznaje, nigdy nie robił tego dla własnych korzyści. - Kiedyś chciałem bardzo dużo zarabiać. Potem już tylko, żeby wystarczyło na benzynę, remont dachu, jedzenie. To jest misja. Człowiek idei nie myśli o tym czy mi zapłacą. Jeśli tak to w porządku, jeśli nie – i tak nie przestanie tego robić – zaznacza. - Kiedy ja byłem dzieckiem widziałem straszną biedotę. Widziałem tak biednych ludzi, że m serce krwawiło. Myślałem, że ja urodziłem się po to, żeby tym biednym pomóc. To trochę dziwne. Jak im nie pomoże nikt to ja im pomogę – mówiłem sobie. Prawda jest taka, że każdy może stać się bezdomnym. Ludzie, którzy są w dobrej sytuacji materialnej, zajmują wysokie stanowiska, w jednej chwili tracą wszystko. To się zdarza. Nie wolno nam wtedy tak po prostu ich zostawić – mówi Dietmar Brehmer.

Działalność Górnośląskiego Towarzystwa Charytatywnego nie jest wspierana finansowo przez miasto. By przetrwać, ośrodek korzysta z pomocy darczyńców i Federacji Polskich Banków Żywności. Dzięki temu, osoby najuboższe zgłaszające się do Towarzystwa otrzymują różnorodną grupę produktów spożywczych takich jak m.in. mleko, kaszę, ryż, chleb, makaron, konserwy czy słodycze. Raz w ciągu dnia mogą również otrzymać ciepły posiłek. Ośrodek potrzebuje wsparcia. Informacje o tym jak tego dokonać, można uzyskać na stronie internetowej Górnośląskiego Towarzystwa Charytatywnego: www.gtch.pl.

Wstecz
wykon: kreatif studio Wszystkie prawa zastrzeżone © Deutsche Gemeinschaft